Opowieść wigilijna.niedziela, 16.grudnia.2007, 12:32

Nie mam tego gdzie wlepić. Więc kij, będzie i tu. Nie wiem jak stare to jest. Nie wiem, kiedy powstało. Istnieje, więc niech istnieje sobie dalej tutaj.

- - -

Mężczyzna po raz kolejny niecierpliwie spoglądał na zegarek, ale czas uparcie nie chciał się zatrzymać. Tym razem wskazówki wskazywały jedenastą pięćdziesiąt osiem, pokazując bezlitośnie wartość jego obietnic.
"Wrócę wcześniej, kochanie. Na pewno będę przed północą, obiecuję..."
Impreza w biurze jak zwykle przeciągnęła się do późna. Wspólne świętowanie wigilii Bożego Narodzenia należało do jednej z tradycji jego firmy. W tym roku jak zwykle urządzili uroczysty bankiet, obecność obowiązkowa.
Jego żonie jak zwykle to się nie podobało. Dlatego obiecał jej, że wróci jak najwcześniej, aby spędzić wigilię z rodziną.
Śnieg zaczynał prószyć coraz gęściej, a pojedyncze płatki wirujące w świetle latarni stawały się coraz większe. Na wieży pobliskiego kościoła rozbrzmiały dzwony, a wierni tłoczyli się w świątyni na pasterkę. Mężczyzna minął obojętnie kościół i przyspieszył kroku. Do domu wciąż pozostawał mu kawałek drogi. Przedzierając się przez śnieg zastanawiał się, co ma powiedzieć żonie, jak wytłumaczyć jej swoją nieobecność. Kawałki pieczonej ryby, które zapakowała mu koleżanka z biura roznosiły wokół siebie przyjemny zapach. Mężczyzna po raz kolejny spoglądał na zegarek, kiedy usłyszał cichy głos:
- Stary... masz może coś do jedzenia dla mniejszego przyjaciela?
Rozejrzał się ze zdziwieniem, podświadomie szukając jakiegoś obszarpanego, cuchnącego biedaka, zaczepiającego przechodniów. Jednak nikogo nie zobaczył.
- Tu jestem, głupku! - głos rozległ się znowu, tym razem dochodząc jakby spod jego stóp. Mężczyzna spojrzał pod nogi i natychmiast odskoczył z przerażenia. Na chodniku siedział biały kot z czarną plamką na nosie.
- Jesteś jakimś duchem czy jak? - wyjąkał mężczyzna. Kot spojrzał na niego z politowaniem.
- Nie, ty idioto. Jestem kotem, nie widać? Mam zamiauczeć czy jak?
- To... To dlaczego ty gadasz? - zdziwił się człowiek. Kot roześmiał się szyderczo nieprzyjemnym, syczącym śmiechem.
- Nie słyszałeś nigdy o tym, że zwierzęta mówią o północy w wigilię? Na jakim świecie ty żyjesz?
Mężczyzna jeszcze bardziej odsunął się od kota, ściskając kurczowo teczkę. Rozejrzał się po ulicy, jakby spodziewając się, że zza rogu wyskoczy ekipa telewizyjna i wykrzyknie: "Jesteś w ukrytej kamerze!". Jednak nic takiego się nie stało. W pobliskim domu rodzina śpiewała właśnie kolędę, a jej melodia przedzierała się przez wycie wiatru. Kot, jakby zniecierpliwiony brakiem uwagi ze strony człowieka, odezwał się znudzonym tonem:
- To jak z tym jedzeniem?
- Spadaj mały. Nie mam czasu - mruknął mężczyzna i wyminął kota. Ten jednak nie dawał za wygraną.
- Raz w roku nie możesz się zdobyć na dobroć dla zwierząt? - w głosie kota słychać było oburzenie. - Co z ciebie za człowiek?
- Nic dla ciebie nie mam - warknął mężczyzna. - To i tak pewnie okaże się snem... Albo głupim żartem... Albo wypiłem za dużo.
Zerknął na kota, po czym szybko odwrócił wzrok.
- Chcesz, mogę cię uszczypnąć - zaproponował kot ironicznie. Na twarzy mężczyzny odmalował się gniew.
- Spadaj! Zamknij się na cały rok i daj mi święty spokój!
- Jak sobie chcesz! - prychnął kot. Odwrócił się i ostentacyjnie machnąwszy ogonem ruszył w przeciwną stronę. Mężczyzna odetchnął z ulgą i prawie biegnąc skierował się w stronę domu. Jednak kot zatrzymał się i krzyknął za nim:
- Słyszałeś, że ten, kto słyszał zwierzę mówiące ludzkim głosem będzie miał pecha?
Odpowiedzią był tylko środkowy palec lewej dłoni, zaprezentowany przez mężczyznę. Kot uśmiechnął się szyderczo i przysiadł na chodniku, zabierając się do czyszczenia swego futerka.

* * *
Następnego dnia, w Boże Narodzenie, całym miastem wstrząsnęła wiadomość o niezwykle brutalnym morderstwie, dokonanym ostatniej nocy w jednej z bogatych dzielnic. Telewizja namiętnie podawała każdy szczegół śledztwa. Stan zmasakrowanego ciała uniemożliwiał bezpośrednią identyfikację, lecz z dokumentów znalezionych przy ofierze wynikało, że nazywała się ona "Jan Kowalski", miała żonę i dziecko. Technicy policyjni wychodzili z siebie, aby znaleźć jakiekolwiek ślady, wskazujące na tożsamość mordercy.
Biały kot z niewielką, czarną plamką na nosie ze stoickim spokojem obserwował krzątaninę policjantów. Zajęty był czyszczeniem swojego futerka, ale co chwila zerkał na miejsce zbrodni. I można by przysiąc, że uśmiechał się lekko.
A mordercy nigdy nie odnaleziono.
W tle:


oprawa

ten oto szablon stworzyłam sama dla siebie, tylko do użytku na tym blogu. tekst: when I see you smile.
wersja testowa nr.1
2006
7 8 9 10 11 12

2007
1 2 3 4 5 6 8 9 10 11 12

2008
1 2 3 4 6 7 8 9 10 11

2009
1 6 7 8 9 10 11 12

2010
1 2 3 4 5 6 7 8 9 11 12

2011
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

2012
1